Bardzo nudny wpis o celebracji życia i nalewce truskawkowej

Bardzo nudny wpis o celebracji życia i nalewce truskawkowej

Tak się składa, że nudą na blogu również musi powiać, co by równowaga w każdej chwili życia została zachowana. Bo inaczej obrażą się bogowie i przychylności na mój dom nie ześlą, a to by było bardzo niekorzystne i dla mnie, i dla mojej rodziny. Ostatnie dni dość rozpustne były, pod różnymi względami, wprowadziły rozprzężenie i spowolnienie, jakich dawno nie doświadczyłam.

Najpierw pięć dni w Warszawce spędziłam, na kameralnym zlocie zaprzyjaźnionego grona kobiet, gdzie zdjęć niestety nie zrobiłam, bo smartfona szlag trafił… na te pięć dni właśnie. A tam Szczęśliwice oraz ratafia wypita w większym gronie w przepięknym, dużym parku, tuż nad brzegiem jeziorka. I dzienne Polaków, a właściwie Polek – rozmowy. Wcześniej Cud nad Wisłą i burza z piorunami nad nami, a potem słońce… Inny świat i inna energia, niż zawsze, na co dzień. Dziwnym cudem smartfon ożył po powrocie domu, gdy już zdecydowałam się na nowszy i sprawniejszy model go wymienić. Ja to zawsze mam takie głupie szczęście, że ani wóz, ani przewóz, tylko takie nie wiadomo co…

No ale nic, nie o narzekaniu miało być, tylko o celebracji, a to wszak zupełnie inny zakres wrażeń. W kolejnym tygodniu spotkanie z przyjaciółką się odbyło, gdzie dwa wina zostały upłynnione nie wiadomo kiedy, micha sałatki spożyta, a humory dopisywały jak nigdy.

Zaś nasze dzieciory postanowiły wypróbować wrotki, otrzymane w prezencie tuż przed dniem dziecka. Wybrały się na szkolną bieżnię, pokonując wcześniej tor przeszkód w postaci schodów, różnych górek, tudzież śliskiej chodnikowej kostki. Wróciły boso, lecz zadowolone z efektów swojej własnej jazdy. Także, wyszło na to, że własne dziecko w skarpetkach, centralnie w sam dzień dziecka, puściłam…

Potem utonęłam w truskawkach, a właściwie stwierdziłam, że warto dary natury wykorzystać należycie, tym bardziej, że ich czas jest krótki i jak się nie pospieszę, to znów przegapię i będę sobie w brodę pluć do kolejnego czerwca.

Powstawały więc ciasta truskawkowe i kompoty z truskawek, naleśniki z truskawkami i sorbety rozmaite. Zupełnie jak u tego robaczka od jabłka… Zainspirowana przez tatę jednej z warszawskich koleżanek, wróciłam do swojej okazjonalnej pasji, o której wciąż zapominam, a która sporo radości mi sprawia, a mianowicie do produkcji nalewek. Zgadnijcie jaką tym razem nastawiłam? Oczywiście… że truskawkową, o innej nie było mowy. Skorzystałam ze znanego przepisu, który podaję poniżej:

1 kg truskawek (dałam odrobinę więcej)

1/2 kg cukru

1/2 litra spirytusu

1 szklanka wody (dałam jakieś 25 ml mniej 😛 )

Najpierw w słoju zasypałam truskawki cukrem i poczekałam kilka godzin, aż puszczą sok. Same truskawki do nalewki i do jedzenia również, kupione od pana z samochodu, wybierał mąż. Bo teraz są minimum dwa gatunki. Jeden to jakby truskawka skrzyżowana z poziomką, o podobnym kształcie do poziomki, tylko owoc duży i mniej słodki niż w przypadku prawdziwej truskawki. Zaletą tej odmiany jest trwałość, nieco większa niż przy tradycyjnej truskawce. Zaś ta tradycyjna jest mniejsza niż zmutowana, bardziej czerwona, bardziej słodka i bardziej delikatna. Taka wyleżała na słońcu, choć teoretycznie mniej reprezentacyjna. Mąż wybrał tradycyjną, uznawszy, że smakiem przewyższa wszystkie inne odmiany. Razem z panem sprzedającym doszli do wniosku, że drobne truskawki są dużo lepsze i smaczniejsze od pozostałych.

Ha, a ja oczywiście nieświadoma tych niuansów wcześniej kupowałam poziomkowe truskawki, bo ładne… i tylko dlatego. Jednak teraz postanowiłam zdać się na męski gust. Tradycyjne truskawki, gdy już puściły sok, zalałam wodą, chwilę potem spirytusem (96%) i mocno potrząsnęłam słojem. Gdy chwilę odstały, wpadłam na pomysł, żeby podkręcić smak odrobiną szkockiej whisky. I to był strzał w dziesiątkę, mimo że nastaw ma dopiero jeden dzień dość ciekawie zyskał na smaku. Następne próbowanie za około 5-6 tygodni, i wtedy będę zlewać nalewkę do butelek.

W tych dniach, przez głowę przewijały mi się pytania o celebrację życia. Jak wypośrodkować pomiędzy codziennym pędem i działaniem, a zatrzymaniem się, spowolnieniem i radowaniem się zwykłą codziennością? Przyglądałam się sobie i z niechęcią stwierdziłam, że im starsza jestem, tym bardziej rajcuje mnie prostota.

Gotowanie pyr na wolnym ogniu i zabielanie czerwonego barszczu kwaśną śmietaną. Krojenie dziko-zielonego koperku o obłędnym zapachu. Wypróbowanie (wraz z córką) kolejnej odżywki, po której włosy są miękkie i lśniące jak nigdy. Gapienie się w niebo przy pięknej pogodzie i delikatnym szumie wiatru… Degustowanie mirabelek w spirytusie i cukrze, pozostałych po nalewce już dawno rozdanej i skonsumowanej. Zanurzenie się z książką wśród zieleni drzew i krzewów, zapomnienie o życiu i świecie. Obserwowanie krzaczków i bylin, zasadzonych na balkonie. Kontemplowanie własnego faceta, strzelającego foty samolotów, przelatujących nad naszym domem. Oraz zwykłe, durne wieszanie prania na balkonie, mycie podłogi i kibla, i kurczę nie wiem czy pisać dalej, bo wszakże… powinnam marzyć o karierze i pieniądzach. A przynajmniej o jakiejś powadze i szacunku, wiążących się z moją własną osobą. Tymczasem, coraz bardziej mam to gdzieś. 😉

koperek.png

Niemyślenie, nieistnienie, a właściwie życie z prądem, choć jednocześnie pod prąd, bo w niezgodzie z powszechnymi społecznymi oczekiwaniami. Kiedyś wszystko się skończy, i wtedy… co tak naprawdę będzie ważne? Nieustanny życiowy pościg czy spokój? Zdaję sobie sprawę, że dla każdego ważne jest coś innego. Każdy człowiek ma swoją drogę i swoje priorytety, i to jest ważne, piękne, wartościowe. A co jest dla mnie istotne? Czasem coś zupełnie innego, niż przypuszczałam. I wtedy pojawia się zgrzyt; mam nadzieję, że nie na długo. 😉

Szarżując dalej, za moim achillesowym zboczeniem, zaczęłam poszukiwać książki Madeline Miller, zatytułowanej „Achilles. W pułapce przeznaczenia”, chwilowo niedostępnej w rozmaitych księgarniach, bibliotekach i hurtowniach.

Wprawdzie przez moment zniechęciła mnie do niej jedna z recenzji, wg której Achilles z Patroklesem w różowej grocie pomieszkują, ale potem stwierdziłam, że pal to sześć… Jestem ciekawa jak owa autorka przedstawiła obu bohaterów, zwłaszcza, że historia opisana została z punktu widzenia Patroklesa. Zawsze coś nowego… I mam nadzieję, że tej różowej groty w nadmiarze tam nie ma. Chociaż, jeśli powieść jest dobrze napisana, to i różową grotę będę w stanie przeżyć.

Na pewnej facebookowej grupie, w której uczestniczę, pojawiło się pytanie, dotyczącej miłości bezwarunkowej do drugiego człowieka, czym ona jest, czy jest możliwa i czy konieczna? I czy to jest prawdziwa miłość?

Pierwsza myśl, która pojawiła się w głowie brzmiała – a czy taka miłość w ogóle istnieje? Dopiero później przyszło do mnie, że owszem, istnieje, ale żeby była zauważona… musi być odwzajemniona. Dopiero gdy odwzajemniasz… zauważysz, że otrzymujesz ją od drugiego człowieka. To taka miłość, kiedy pojawia się nastawienie, że jesteśmy ludźmi i tak naprawdę nic nie musi być idealne. Że kochać można także poprzez swoją słabość i pomimo braku umiejętności dokładnego odczytywania życzeń drugiej strony. Że taką miłość wyróżnia: wspólne trwanie pomimo różnych okoliczności, starania na miarę siebie, choć szczere. Brak wymagań z kosmosu wziętych. I… akceptacja, że robię wszystko co potrafię zrobić dla drugiego człowieka, choć nie zawsze jest to co, co społeczeństwo uznaje za ważne, istotne, wzniosłe i wpadające w oko. To nie miłość, którą można się chwalić i obnosić, to miłość… która mimo zwyczajności, głęboko wpada w serce i daje maksimum wolności i swobody. Według wielu… wcale nie miłość. Ale tu wybór należy do każdego z nas z osobna…

4 myśli w temacie “Bardzo nudny wpis o celebracji życia i nalewce truskawkowej

  1. Miało być jutro, a zeszło pięć dni. Długo zastanawiałam się jak ten wpis skomentować. To nie jedna myśl, a ciąg zdarzeń i przemyśleń jakże interesujących.
    Naleweczka truskawkowa? Jeszcze nie robiłam. Chyba skorzystam z tego przepisu. Z ciekawości jaki smak i aromat. Mam pełną szafkę różnych nalewek i likierów własnej produkcji i a nigdy nie robiłam z truskawek.
    Miłość bezwarunkowa? Dla mnie to miłość, gdy kocham mimo wszystko, wbrew wszystkim i wszystkiemu, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Nie licząc na wzajemność. Pomimo kłopotów i przeciwieństw losu. Kocham nie oczekując niczego w zamian. Ufff…….. . Zagalopowałam się. Powinien być czas przeszły. Dziś chyba bezwarunkowo kocham moje wnuczki.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Miłość do wnuczków to piękna miłość. Mam nadzieję, że sama będę kiedyś taką kochającą babcią. A Twoje ujęcie miłości bezwarunkowej jest mi znane, zwłaszcza to… „wbrew zdrowemu rozsądkowi”. Nalewka truskawkowa nabiera mocy. 🙂 Smak truskawkowy, aromat również. Owoce były dość soczyste i tę soczystość oddają nastawowi. Jedyne co bym zmieniła, robiąc taka nalewkę po raz kolejny, to ilość cukru, którą zmniejszyłabym do 30 deko. Ciekawa jestem jakie nalewki królują u Ciebie, może kiedyś o tym napiszesz? 🙂 Ja nastawiłam, jako kolejną, nalewkę agrestową, którą podobnie jak truskawkową robię pierwszy raz.

      Polubienie

      1. Bo takiej miłości doświadczyłam. Okupionej wielkim cierpieniem. Minęło kilka lat zanim pozbierałam się do kupy. Potem kolejnych kilka, żeby dojrzeć do myśli, że właściwie spotkało mnie coś wyjątkowego, bo nie każdemu jest dane przeżyć tak ogromną, autentyczną (choć nieszczęśliwą) miłość. Gdy patrzysz na świat oczami ukochanego i kochasz nawet jego żonę (bo ona jest jego).
        Zaczęłam robić nalewki w 2013 r. Przeważnie po 2, 3 butelki. Mam więc z wiśni, z pigwowca, z czarnej porzeczki, z owoców czarnego bzu, z bazi sosnowych, z aronii, z winogron. Oprócz tego likier z cytryny (limoncello), z pomarańczy, miętowy i z winogron. Nie wiem czy wymieniłam wszystkie, bo jest tego sporo i nie chce mi się wyciągać z szafki. Trzy lata temu zrobiłam również wino z winogron i mirabelki, bo miałam niesamowitą ilość tych owoców. W sumie więc mam ok. 50 butelek wina. Są bardzo dobre. Moim znajomym szczególnie smakuje to z mirabelki. Są zachwycone. Od ub. roku wystopowałam z robieniem trunków, bo u mnie idzie ich bardzo mało. Więcej rozdaję, a i tak mi przybywa z roku, na rok. Chyba się jednak w tym roku skuszę na 2-3 butelki nalewki truskawkowej i z mirabelki (jak będzie). Pozdrawiam.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s